Zgubiłam ją

Chciałam, ale jakoś nie mogłam. Miałam pomysły ale jakoś nie potrafiłam. Siadałam, ale ciągle coś mnie blokowało. Z tyłu głowy ciągle miałam, że powinnam, że muszę, że wypada. Dręczyło mnie to, ale nie potrafiłam nic z tym zrobić. Zgubiłam wenę. Totalnie. Ciągle myślałam co się stało. Przecież lubiłam pisać, lubiłam wiedzieć, że ktoś tu zagląda, że komuś chce się czytać. Zdjęcia lubiłam i chciałam to wszystko tu wrzucać. Ale coś mnie wypaliło. Zaczęło się niepozornie. Odpuszczałam kolejne wpisy, mimo, że miałam na nie pomysły. Odkładałam, aż w końcu wszystko się gdzieś zgubiło łącznie z moim zapałem. A potem z każdym następnym dniem było coraz trudniej wrócić, bo miałam wrażenie, że jestem coraz dalej. Na chwilę sobie odpuściłam, usprawiedliwiłam się nawet, że to ja tworzę to miejsce. Że skoro nie chcę to nie muszę nic robić. Najgorsze jednak, że tak na prawdę chciałam, więc takie gadanie na niewiele się zdało. 

Czasu mi brakowało. Wpadło ostatnio kilka zleceń, przyszła wiosna, Zosia coraz bardziej mobilna więc pochłania więcej czasu. W chwili wytchnienia, podczas jej drzemki, zamiast jak dawniej pisać dla was coś nowego, nie chciało mi się nawet otwierać komputera. Potrzebowałam się wyciszyć, oczyścić głowę podczas tych i tak za krótkich chwil ciszy. Nie robiłam wtedy zupełnie nic. Nie tylko tu ale i w domu. Odpoczywałam! Da się. Jak się okazuje. Trzeba się tylko na chwilę odwrócić tyłem do świata. Zupełnie. Do wszystkich i wszystkiego. I nie robić nic wbrew sobie. To najlepszy sposób. Więc oczyściłam trochę głowę, znowu chce mi się gotować coś wiecej niż zupę pomidorową czy pieczone nogi kury- które to dania umówmy się nie wymagają zbyt wiele kulinarnego animuszu. 

Oj tak- przez ten czas chwilkę byłam żoną i matką jaką nie planowałam być. Jaką nigdy być nie chciałam. W zeszłym roku bowiem z wielkim brzucholem na przedzie i z perspekywą rychłej przeprowadzki na swoje i posiadania swojego wymarzonego gniazdka wraz z lśniącą i pachnącą nowością kuchnią (WŁASNĄ!), miałam zupełnie inne plany i ambicje. Ale kolorowe życie kolejny raz zweryfikowało i wymyśliło po swojemu. Cóż mi pozostało. Mogłam walczyć, szarpać się i szamotać, robiąc wszystko, żeby było zgodnie z planem. Obawiam się tylko, że mogłoby to okazać się, koniec końców, zgubne w skutkach nie tylko dla mnie ale i dla moich najbliższych, o ile w ogóle do tego końca komukolwiek z nich udałoby sie ze mną dotrwać żywym. 

Mając na względzie troskę i bezpieczeństwo swojej rodziny postanowiłam odpuścić. Nic się nie stało. Świat dalej biegnie swoim tempem, a Ziemia kręci się w tą samą stronę co wcześniej. Nikt pewnie, poza mną, nie zauważył nawet różnicy. Pozwoliłam sobie zatem na chwilę wytchnienia. Zwłaszcza, że uważam iż rok macierzyńskiego to dla mnie zdecydowanie za długo. Do pracy mi się chce! Choćby na kilka godzin. Choćby 2 dni w tygodniu. Choćby na chwilkę wyjść z domu w marynarce, wyższych butach, w biżuterii na szyi i szmince na ustach. Znowu przez chwilę być dorosłą. Znowu móc wyglądać trochę lepiej niż na okrągło w dżinsach i luźnej bluzce niejednokrotnie ozdobionej rozciapanym bananem czy wtartą w ramię chrupką kukurydzianą. 

Wróćiłam. Znowu mam motywacje. Idzie lato (którego w sumie nie znoszę), został mi ostatni miesiąc macierzyńskiego. Maj buchnął na nowo rozmaitością warzyw i owoców (rozumiem przez to coś więcej niż pomidorki koktajlowe z plastikowego kubeczka, cebulę i stare ziemniaki). Można kombinować, gotować, pstrykać zdjęcia. Znowu chce się tworzyć. Zgodnie z planem i wraz z tamtegorocznym zapałem! Mając na względzie, że zostało mi niewiele czasu "wolności", której tak bardzie mam już dosyć. Wykorzystam ją jednak do cna. Nie będę przecież siedzieć i narzekać. Nie mam na co! Wszystko, wbrew pozorom, jest bowiem tak jak wyobrażałam sobie zeszłej wiosny. 

niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie niemowlę na balkonie