Nie zawsze pomocna siła charakteru

Ogólnie przyjęta zasada brzmi, że silny charakter mieć należy. Że w życiu lżej, łatwiej, prościej, mniej zmartwień, więcej dla siebie itd. itp. Osobiście raczej nie należę do ludzi słabych. A już na pewno nie łatwych. Co sobie wymyślę mieć muszę. I to "na ten tychmiast"- jak to mawia moja mama. Ja wszystko wiem najlepiej. Jak czegoś bardzo chcę to będę to miała wcześniej czy później a najczęściej raczej jest to wcześniej niż później. Jak coś wymyślę to raczej nikt nie przekona mnie do zmiany zdania. Jedyną osobą, której czasem udaje się być moim głosem rozsądku jest moja starsza siostra. Wynika to z tego, iż uważam, że w tej głowie co nie co ma więc czasem jej uwierzę jak mówi mi żem durna i głupoty wymyślam. Pozostała część najbliższej rodziny raczej stara się nie wypowiadać gdyż doskonale wiedzą, że sama muszę dojść do tego, że się mylę bo wszelkie próby przekonywania mnie skończą się najpewniej furią, płaczem i wrzaskiem w stylu "co wy tam możecie wiedzieć!". Oczywiście niejednokrotnie wychodziło, że wiedzieli lepiej niż ja najmądrzejsza. No ale tak jak wspomniałam dojść do tego muszę sama. Tak jest bezpieczniej dla wszystkich.

Co za tym idzie jestem raczej samosia w większości dziedzin życiowych. Wole zrobić coś sama niż tłumaczyć komuś jak a potem jeszcze poprawiać, żeby było po mojemu. Męczące to ogólnie jest dosyć. I okazuje się również zgubne. A najbardziej właśnie na obecnym etapie mojego życia.

Zawsze byłam zdania, że rodzice powinni sami zajmować się własnym dzieckiem. Nie chciałam, żeby moje dziecko wychowywali dziadkowie. W żadnym, nawet najmniejszym stopniu. Nie uznawałam rad, sugestii, wtrącania się nawet w dobrej wierze, wyrażania własnej opinii choćby na własnych doświadczeniach. Nie obchodziło mnie nic! Nawet będąc w ciąży wszystko zaplanowałam sobie sama. Nie pytałam za bardzo mamy, teściowej czy innych dzieciatych o radę bo przecież ja wszystko wiem. A jak nie wiem to się dowiem. Z własnego doświadczenia. Bo to przecież moje dziecko jest i ja muszę wszystko SAMA. Tak myślałam. Dopóki nie urodziła się Zośka. Teraz jak się okazuje nie było to do końca mądre. Doszło do tego bowiem, że dziadkowie Zosi wzięli sobie całkowicie do serca to, że ja sama. Że nie potrzebuję nikogo bo sobie poradzę. No i co? Przecież o to mi chodziło. Mam spokój, siedzę sobie z dzieckiem w domu, samiusieńka. Mogę robić wszystko po swojemu. Nikt mi nie gada, nie radzi ale też…nie pomaga. Dziadkowie nie przyjeżdżają. Nie odciążają mnie. Moja mama jest za granicą więc za bardzo też nie ma możliwości. Tato pracuje. A teściowie myślę, że postanowili nie wtrącać się w ogóle zaraz po tym jak mój mąż tuż po urodzeniu Zosi wypalił, że są starej daty i że poradzimy sobie sami. O i tak zostaliśmy. A właściwie ja zostałam bo umówmy się, że więcej mnie jest na tym macierzyńskim z dzieckiem niż taty z Zosią. Ile teraz bym dała, żeby tak wpadli bez zapowiedzi, wzięli Zośkę na spacer albo chociaż pobyli z nią chwilę, żebym mogła sobie dychnąć albo obiad jakiś ogarnąć. Niech nawet radzą, niech mówią i się wtrącają. Teraz wiem, że to nic takiego. Zawsze można po prostu z rad nie korzystać. A pomoc dziadków często byłaby wybawieniem. I zniosłabym to całe gadanie. Teraz wiem, że warto byłoby to przełknąć. Dla tych kilku chwil odciążenia. I może gdyby nie mój upór i samosiowatość Zosia teraz nie płakałaby na ich widok za każdym razem kiedy jesteśmy w odwiedzinach. Może mogłabym czasem zawieźć ją do którychś i zostawić choćby na 2 godzinki nie ryzykując, że mi się dziecię płaczem zadławi. Może mogłabym wysłać na spacer, sama zostając sobie z CIEPŁĄ kawką rehabilitując kręgosłup bolący od noszenia jej nie raz całymi dniami. Może miałabym możliwość trochę odreagować w samotności kiedy moja cierpliwość jest na granicy wytrzymałości jak Zosia obraża się na drzemki. Może. Ale wolałam sama. Więc mam.

 

mama i córka mama i córka mama i córka mama i córka mama i córka mama i córka mama i córka mama i córka

  • Tato Zosi

    najfajniejsze zdjecie to 3cie od dołu :)

  • Jestem mamą już dorosłych dzieci jedno już założyło rodzinę drugie jest na najlepszej drodze do tego. Zostałam mama jako młoda dziewczyna – i od początku moje dzieci otoczone były dziadkami – mój tato jako pierwszy „wygrał” dyżur przy synu, który wówczas miał 3 tygodnie – ja musiałam wrócić na studia – takie czasy – a ja nie chciałam mieć przerwy w studiach. Mój tato po dość długiej bo 23 letniej przerwie obcowania z małym dzieckiem radził sobie dzielnie choć mogłabym mieć wiele uwag – zamykałam oczy i zostawiałam ich wiedziałam że tata zrobi wszystko aby mojemu synkowi było jak najlepiej. Wiadomo nie zawsze moje dziecko miało na sobie co ja bym chciała, nie zawsze jadło co ja bym mu dała – ale coś za coś był szczęśliwy na widok swoich dziadków, to od nich dostawał ciekawe zabawki – typu młotek, piła, gwoździe młotek i stołek do dzisiaj jako dorosły mężczyzna przyjeżdża wraz z żona raz do jednej raz do drugiej babci aby posłuchać co u nich. Dziadkowie to bardzo ważne osoby w życiu dziecka choć bardzo trudno pogodzić się z ich pomysłami ale pokazują jak ważna jest dla nas rodzina – kiedyś sami zostaniemy dziadkami – ja już czekam i mam nadzieję, ze też będę cząstka w wychowaniu moich wnuków :).