Samolotem z niemowlakiem

Dwa tygodnie temu byłyśmy z Zosią odwiedzić Babcię w Berlinie. Jako, że Zosia średnio do podróży samochodem (mimo, że jeździmy z nią od samego początku dosyć dużo, wygląda to podobnie jak ze spacerami, tylko jakby trochę głośniej krzyczy) jedyną opcją dostania się do Berlina był lot samolotem. Wbrew pozorom taka podróż, nawet z niemowlakiem, może okazać się całkiem przyjemna. Trzeba tylko wiedzieć jak się do tego zabrać.
Bilet dla dziecka do 2 roku życia jest darmowy lub kosztuje bardzo niewiele. My zapłaciliśmy chyba niecałe 5 zł. Niestety jeżeli są to najtańsze bilety jedynie z bagażem podręcznym, dziecku on nie przysługuje. Musiałyśmy zmieścić nasze rzeczy razem do jednej walizki. Za to przewóz wózka dziecięcego lub fotelika samochodowego we wszystkich lub w zdecydowanej większości linii lotniczych jest darmowy. Niestety trzeba wybrać- fotelik lub wózek. Albo tak jak my, zabrać nosidełko samochodowe na stelażu. Jeżeli jedzie się dosłownie na kilka dni, dziecku raczej nic się nie stanie przy zamianie gondoli na nosidełko.
Na lotnisku pojawiliśmy się jakąś godzinę przez otwarciem bramek. To jest wystarczająca ilość czasu, żeby spokojnie ogarnąć się z bagażem, ewentualnie nakarmić i przewinąć dziecko. Na lotnisku niezwykle sprawdza się chusta lub nosidło ergonomiczne. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie trzymać Zośki pod pachą przez cały czas aż do samolotu. Z resztą nie tylko my korzystaliśmy z tego udogodnienia. Zauważyłam, że większość rodziców z małymi dziećmi na lotnisku ma właśnie nosidło albo chustę. To czy przez kontrolę bagażu przejdziemy z dzieckiem przy sobie bez konieczności rozwijania się z chusty zależy od celnika. W jedną stronę przeszłyśmy razem, a w drugą kazali nam się rozwiązywać i puścić chustę osobno na taśmie. Jest trochę zabawy ale da się ogarnąć. Osobiście uważam, że na lotnisko wygodniej mieć jednak nosidło- zapinamy i odpinamy raz dwa. Bez plątania się w te metry tkaniny co chwilę. Wózek również puszczamy na taśmę. Jeśli jest dwuczęściowy każą rozłożyć na części. Bardzo ważne- o czym my nie wiedziałyśmy- zanim udamy się do bramki należy w punkcie check in odprawić wózek. Należy to zrobić, żeby uniknąć później nieporozumień czy obrażonego wzroku obsługi lotniska sprawdzającej bilety. Co prawda jeżeli nie odprawimy wózka, zrobią to przy sprawdzaniu biletów ale zajmuje to trochę czasu a jak samolot jest opóźniony i trzeba się uwijać to niepotrzebny stres i nerwy dla wszystkich. Zalecam więc załatwić to samemu tam gdzie trzeba. Wózek jedzie z nami pod sam samolot, tam go składamy i zostawiamy na płycie lotniska. Obsługa powinna się nim zająć i spakować na pokład. Potem podają nam go przy wysiadaniu.
Podróżując samolotem z dzieckiem z reguły przysługują nam miejsca na samym początku. Jeżeli lot trwa dłużej niż 90 minut powinno to być miejsce ze specjalnym leżaczkiem dla dziecka przed sobą. My leciałyśmy godzinę więc Zosia siedziała na moich kolanach przypięta do mnie specjalnym pasem, który dają stewardessy przy wsiadaniu do samolotu.
Podczas startu i lądowania jak wiadomo jest ogromna różnica ciśnienia i bardzo często zatykają nam się uszy. Dzieci bardzo źle to znoszą. Zatykanie uszu odczuwają po prostu jako duży ból. Dorosłym radzi się, żeby podczas startu i lądowania np. żuli gumę. A co z niemowlakiem, któremu gumy przecież nie podamy? Ano takie dzieci najlepiej jest po prostu karmić. Piersią, butelką lub słoiczkiem. Właściwie czymkolwiek. Chodzi o to, żeby dziecko coś przełykało. Jest to całkowicie normalne i nikt nie zwróci nam uwagi. Stewardessy doskonale wiedzą o co chodzi. Podobno na pokładzie samolotu ułatwiają i pomagają nawet podgrzać jedzenie. My nie miałyśmy okazji sprawdzić bo Zosię karmię piersią. Przystawiłam ją zatem podczas startu i później drugi raz przy lądowaniu i obyło się totalnie bez problemu. Nawet nie zauważyła, że cokolwiek niecodziennego się dzieje. To bardzo wygodny sposób. Z piersią znacznie wygodniejszy ale tak jak wspomniałam- bez piersi też się da.
Nasz lot był bardzo krótki więc Zosia nie zdążyła się za bardzo znudzić. Wiadomo, że z racji ograniczonego bagażu i ilości rąk nie weźmiemy ze sobą nie wiadomo ile zabawek. Ale chociaż dwie ulubione myślę, że należy ze sobą zabrać. Przy sprawdzaniu bagażu na taśmie widząc, że mamy małe dziecko, przymykają trochę oko np. na torebkę. Moja była wielka i wypchana jak wór mimo, że w regulaminie linii lotniczych było wyraźnie napisane, że torebka musi zmieścić się do bagażu podręcznego. Moja nie zmieściłaby się tam za żadne skarby świata. A mimo to nikt nic mi nie powiedział. Ani w Krakowie ani w Berlinie. Dodatkowo mieliśmy przecież jeszcze kocyk w wózku, jakieś zabawki no i chustę długą na 5m. Nikt o nic się nie czepiał mimo, że nasz bagaż zawierał dużo więcej niż teoretycznie nam przysługiwało. Zapewniam zatem, że wbrew ogólnej opinii lot z tak małym dzieckiem wcale nie jest jakimś wielkim wyzwaniem.
Ciekawe jakby to wyglądało gdybyśmy leciały gdzieś znacznie dalej. A Wy macie jakieś doświadczenia lub swoje rady związane z lotem z kilku miesięcznym bobasem?

 

na lotniskuna lotniskuna lotniskuna lotnisku