Okaleczyłam własne dziecko

Tak jest! Zdaniem niektórych tak właśnie to wygląda. Przekułam bowiem córce uszy. Piszę ten wpis ryzykując, że prawie na pewno zostanę skrytykowana. Nie pisze go jednak aby przekonać kogoś do swoich racji. Nie piszę go aby ktokolwiek zmienił zdanie. Piszę go dla tych, którzy tak jak ja, właściwie podjęli już decyzję ale mają jeszcze kilka pytań czy wątpliwości. Piszę go po to, aby wyrazić własne subiektywne zdanie na ten temat.  

Na forach aż huczy jak tylko jakaś matka wychyli się z pomysłem zafundowania swojej niespełna rocznej córce kolczyków. Zalewa taką fala hejtu i niemal publicznego linczu. Jest najgorszą matką świata, z pewnością nie kocha swojego dziecka, okalecza je i najlepiej by było jej je odebrać w trybie natychmiastowym. Nie przesadzam. Dokładnie takie i gorsze opinie wyczytałam na forach na ten temat. Trochę chore. Musiałabym pisać pod każdym takim wątkiem swoją opinię długości litanii, więc postanowiłam wylać to tutaj, w jednym wpisie.  

Decydując się na przebicie Zosi uszu, przeglądałam strony temu poświęcone i dokładnie zapoznałam się ze wszystkimi wadami i z ryzykiem. Decyzję podjęłam zupełnie świadomie. Ale nie uważam, żeby był to krok nieodpowiedzialny czy świadczący o tym, że własnego dziecka nie kocham. Nie przesadzajmy. Żadna (niepatologiczna) matka nie chce dla swojego dziecka źle. Dla każdej jest to oczko w głowie, promyczek, którego za żadne skarby świata nie da nikomu skrzywdzić. Ale nie uważam, żeby kolczykowanie było jakimś aktem przemocy i totalnej patologii jak mówią co niektórzy.  

Po pierwsze ból. Dużo przeciwników używa tego właśnie argumentu najczęściej. Jak bowiem można własnemu dziecku zadać ból świadomie i z premedytacją. Otóż ból towarzyszący przekłuwaniu uszu, nawet jeśli dziecko cokolwiek poczuje (są bowiem salony kosmetyczne, w których stosuje się specjalne kremy znieczulające, dzięki którym po kilku minutach dzieciątko nie poczuje zupełnie nic), jest tak mały i krótkotrwały, że dziecku z pewnością nic się nie stanie. Mogą płakać bardziej z powodu wystraszenia dość głośnym wystrzałem ze specjalnego pistoletu. Do najcichszych on nie należy. Zosia bardziej nie dawała sobie narysowaniem flamastrem punktu, w którego środek miał zostać wbity kolczyk. Wymaga to bowiem precyzji, żeby wszystko było równo a dziecko jak to dziecko, wiadomo, ciągle w ruchu. 

Po drugie zahaczanie. Pewnie się zdarza. U nas jednak do tej pory nie było tego problemu. Ani u dziewczynek w naszym najbliższym otoczeniu, mimo, że mają już kilka lat a kolczyki odkąd skończyły kilka miesięcy. Pytałam mam.  

Po trzecie zakażenie. Owszem, istnieje ryzyko. Ale jeżeli wybiera się sprawdzony i zaufany salon kosmetyczny a po przekłuciu przemywa się uszy według zaleceń zachowując przy tym wszelkie zasady higieny to nie powinno być problemu. I tu również jest wyższość przebijania uszu niemowlętom zamiast starszym dzieciom. Niemowlę bowiem nie wie, że ma w uszkach coś nowego, nie będzie sprawdzać, ciągnąć, szarpać. A kilkuletnia dziewczynka wiadomo- zainteresowana tym co jej tam w uszach świeci będzie ciągle dotykać nie zawsze czystymi rączkami. I ryzyko zakażenia wzrasta.  

Po czwarte decydowanie za dziecko. Przeciwniczki piszą, że dziecko to nie nasza własność, dlaczego więc robimy coś, co może okazać się później niechciane. Otóż trudno z tym argumentem dyskutować. Każda mama postępuje według tego co sama uważa za słuszne. Szanuję to, że ktoś chce zaczekać aż córka sama poprosi. Ja jednak wiem w jakim środowisku i otoczeniu wyrośnie moje dziecko i jestem w stanie na 99% przewidzieć, że za kilka lat sama chciałaby kolczyki. A wtedy bardziej wszystko by przeżywała. Czytałam opinie kobiet, których mamy czekały właśnie na podjęcie decyzji przez nie same. A te mimo, że chciały kolczyki to bały się tak bardzo, że nie były w stanie zdecydować się na ten krok i zazdrościły koleżankom, które kolczyki już posiadały.  

Poza tym gdyby nawet okazało się, że Zosia kolczyków nie chce i nie będzie w nich chodzić to je wyciągnie. Nie musi ich przecież nosić. Ślady w uszach zostaną, to fakt. Nie oszukujmy się. Sama mam 5 nieużywanych od lat dziurek, pozostałość po szaleńczych latach młodości, które wyglądają na zupełnie "aktywne". Nie są to jednak jakieś szpecące blizny. Kropeczki są tak drobne, że jestem pewna, mało kto w ogóle je zauważa. Tato Zosi sam ma dziury w uszach, o których większość jego znajomych na pewno nie ma pojęcia. Nigdy bowiem nie zwrócili na to uwagi. Żyjemy z reszta w czasach, w których kolczyki są tak powszechne, że dziurki nikogo nie szokują. Z pewnością też nie oszpecą ucha, nie przesadzajmy. 

Zosia miała 5,5 miesiąca jak przebijaliśmy jej uszy. Zrobiła to moje kuzynka w swoim salonie kosmetycznym. Zosia, jak już pisałam, bardziej oporna była podczas rysowania kropeczek flamastrem niż podczas samego przekłuwania. Prawie wcale nie płakała. Nie stresowała się. Znam swoje dziecko i po prostu to wiem. Dbałyśmy o to, żeby przemywać uszka dwa razy dziennie. Ranki zagoiły się w ciągu kilku dni. Nie uważam, żebym zrobiła tym dziecku krzywdę. A to czy wygląda ładnie to już jest pojęcie względne. Mi się podoba. Jej tacie również. Reszta opinie niespecjalnie mnie interesuje. U nas z kolczykami nie było i nie ma kompletnie żadnych problemów. Nie znaczy to jednak, że będzie tak u każdego. Wpis pisany jest bowiem w oparciu o przypadek Zosi i dziewczynek z najbliższego jej otoczenia. Nie jest to jednak w dalszym ciągu ogół społeczeństwa. To, że u nas czy u kogoś wyglądało to tak, nie znaczy, że będzie tak u każdego. 

Każda mama decydująca się na kolczyki u swojej kilkumiesięcznej córki powinna świadomie podjąć tą decyzję. Dokładnie orientując się nie tylko w zaletach ale także w zagrożeniach jakie niesie ze sobą ten zabieg. Jest to bowiem jakby nie patrzeć ingerencja w ludzkie ciało.  

 niemowlę w kolczyachniemowlę w kolczyachniemowlę w kolczyachniemowlę w kolczyachniemowlę w kolczyachniemowlę w kolczyach

Bluza Zosi – ZARA

Opaska – Ul&Ka

Buty – H&M