Noszę bo kocham

"Oszalałaś! Przyzywczaisz ją do noszenia i potem będziesz miała..", "Nie noś jej bo się przyzywczai, nie da Ci żyć!", "Niech leży i płacze, wypłacze się i nauczy, że nie będziesz jej nosić na każde zawołanie", "Fajnie, że jesteście blisko ale nie będziesz miała życia jak ją tak przyzwyczaisz". Te i inne zdania słyszą młode matki miliardy razy od wujków, cioć, babć i dziadków, od serdecznych znajomych próbujących ułatwić nam życie. Wszystko w dobrej wierze. Wszystko po to aby było nam lepiej. Ale jak to właściwie jest z tym noszeniem? 

Jak powstaje dziecko każdy mam nadzieję wie, nie będę tego roztrząsać. Którędy wychodzi i jak się tam znalazło też. Ale gdzie i jak spędza te 9 miesięcy zanim przyjdzie na świat najwidoczniej wiedzą tylko niektórzy. Otóż oświecę tych nieświadomych. Dziecko 9 miesięcy życia płodowego spędza w brzuszku mamy! Tak! Właśnie tam, w środku. Gdzie jest ciemno, ciepło i ciasno. I nie tylko jest ciągle przytulone ale jest też ciągle kołysane. Dziecko rodząc się, zna tylko bliskość mamy. Jej zapach, głos i ten ruch, który wprowadza je w błogostan. Jedyne o czym marzy to wrócić do brzuszka. Nie chce być tu gdzie głośno, zimno i jasno. Do tego ciągle ktoś coś do niego mówi, patrzy, dotyka. Jest przestraszone i zdezorientowane przez pierwszych kilka dobrych tygodni. Ukojenie przynosi mu to co już zna- dotyk mamy, jej zapach, ciasnota, przytulanie i kołysanie. Zna to doskonale. Właściwie tylko to zna! Owszem. Przyznaję się pokornie i bez bicia, że przyzywczaiłam swoje dziecko do noszenia. Całkowicie i totalnie. Ale nie mając na to zupełnie wpływu. Bo zrobiłam to zanim jeszcze Zosia pojawiła się na świecie. I zapewniam Was, że to, że moje dziecko od urodzenia pragnęło jedynie być noszone nie jest moją zasługą. A już na pewno nie jest spowodowane tym, że "tak nauczyłam ciągle biorąc na ręce". Nauczyłam. Ale samą ciążą. 

Zosia od początku nie chciała leżeć. Nigdzie. Nic jej nie było w stanie zabawić, zaciekawić czy zająć na kilka minut. Ona musiała być na rękach. Owszem są PODOBNO dzieci, które jak się je położy to leżą. Nie wiem czy mam gratulować czy współczuć, że nie potrzebują bliskości. Nie ważne, zostaje mi tylko wierzyć na słowo w istnienie takich. Nasza Zosia pragnęła tylko tego czego pragnąć może noworodek. Przytulania, kołysania i bliskości. I wcale nie miałam zamiaru jej tego pozbawiać. Mimo, że byłam "uwiązana". Ale powiem Wam, że uwiązanie, w dosłownym znaczeniu tego słowa, może okazać się zbawiennym rozwiązaniem. I takim właśnie okzała się dla nas chusta. Długa szmata do noszenia dzieci. Nosimy Zosie od urodzenia. Od pierwszysch dni. Najpierw Tato, zanim ja doszłam do siebie po porodzie, a później oboje na zmianę. Obecnie ja noszę ją zdecydowanie częściej bo po prostu mam ku temu więcej okazji. 

Pierwszą naszą chustą była elastyczna chusta z Kangoo Wrap. Kupiliśmy ją, żeby przekonać się czy w ogóle noszenie się u nas sprawdzi. Chusta elastyczna różni się od tkanej właściwie wszystkim. Na początku chodziło nam o coś co będziemy w stanie łatwo zamotać. Dlatego wybraliśmy elastyka. Wiąże się go bowiem na sobie i do gotowego wiązania wkłada się dziecko. Nic nie trzeba dodatkowo dociągać. Ale chusta elastyczna nie daje takiego komfortu noszenia jaki daje chusta tkana. Dużo bardziej czuć ciężar dziecka no i nie da się w niej wygodnie nosić dzieci starszych niż jakieś 6 miesięcy mimo, że producent  twierdzi inaczej. Z tkaną jest taki "problem", że parę razy należy poćwiczyć, żeby robić to sprawnie. Ale zapenwiam Was, wystarczy kilka motań żeby dojść do wprawy i robić to bez stresu. Początki bywają czasem trudne, jak ze wszystkim. Ale nie wolno się zrażać. Dodam, że właściwe każde dziecko podczas motania i dociągania chusty marudzi albo płacze. Ale jak już się zawiąże i ciasno dociągnie dziecko zaczyna wiedzieć o co chodzi i uspokaja się. Naszą pierwszą tkaną chustę dostaliśmy na narodziny Zosi. Było to 5,6 m bawełny tkanej splotem skośno-krzyżowym. Teraz wiem, że to było trochę za dużo. Zwłaszcza dla noworodka nie potrzeba aż tak długiej chusty. Spokojnie wystarczy około 4 metrów na właściwie każde wiązanie. Ceny chust są na prawdę różne. Od lekko ponad 100 do nawet ponad 1000 zł. W zależności od materiału, wzoru, splotu czy koloru. Jest to jednak towar, który nie traci na wartości. Można go potem sprzedać dokładnie w takiej samej cenie w jakiej się kupiło. Osobiście nawet polecam kupić chustę używaną. Jest ona bowiem już "złamana" i dużo łatwiej współpracuje, szybciej się dociąga i lepiej trzyma. My niedawno wymieniliśmy swoją ciemną na wanilkę. Zobaczyłam ją u innej Pani i zakochałam się od pierwszego wejrzenia w kolorze i splocie. Do zakupu fajnych chust polecam grupę na Facebooku "Chusty- sprzedam/ kupię/ zamienię". A do głębszego zapoznania się z tematem chustonoszenia czy po porady zapraszam do "Chusty, POLSKA!- nosimy, wiążemy, motamy- chustujemy!"

Nam chusta nie raz ratowała życie. Na początku nosiliśmy Zosie nie tylko z chęci ale po prostu musieliśmy bo w przeciwnym wypadku musiałabym nosić ją na rękach co przez cały dzień było zwyczajnie niewykonalne. Oszczędzała nam słuchania płaczu kiedy musieliśmy zrobić coś co wymagało wolnych obu rąk. Pomogła nam na lotnisku, była niezastapiona podczas suszenia 20 kg pomidorów, pozwalała mi odkurzać, ugotować wiele obiadów, wychodzić do sklepu podczas ulewy, podróżować autobusem dużo bardziej komfortowo niż z wózkiem. Przetrwać prawie 40-sto stopniową gorączkę Zosi kiedy szczególnie potrzebowała naszej bliskości i przespała w chuście cały dzień. Nie wkurzać się, że brakuje rąk podczas większych zakupów spożywczych, kiedy masz do wtargania na drugie piętro nie tylko siaty ale jeszcze wózek z dzieckim. Dzięki niej realne stało się włóczenie po galerii handlowej za czymśtam kiedy Zosia była uczulona na wózek i 4 godzinne zakupy w IKEI pałaszując w miedzyczasie obiad w ikeowskiej restauracji. Obecnie nosimy się bo lubimy. Nie musimy już chodzić w chuście na spacer bo Zosia spokojnie potrafi wysiedzieć w wózku. Ale mimo to nadal wychodzimy w niej do sklepu, na pocztę czy do miasta autobusem. Z potrzeby bliskości i z czystej wygody. Pomijając już zupełnie aspekty zdrowotne, chusta bowiem jest zbawienna rówież dla prawidłowego rozwoju dziecięcego kręgosłupa i bioderek. Kochamy swoją chustę i uważam, że jest to "wynalazek" niezastąpiony. Wbrew gdzieniegdzie zasłyszanym komentarzom, że dziecku jest niewygodnie, że ściśnięte i nie może oddychać. Wierzcie mi, że niezadowolone dziecko dałoby znać, że coś mu w chustonoszeniu nieodpowada. 

"Noworodka nie można przyzwyczaić do noszenia, bo to by było jak wyłowić z morza rybę i przyzwyczajać ją do wody. Noworodek jedyne co zna, to noszenie, kołysanie i spanie z mamą. On już jest do tego przyzwyczajony, bo nigdy nie miał inaczej. I nie dość, że życie płodowe go tego nauczyło, to jeszcze ma to zapisane w genach, bo jest z gatunku homo sapiens – a więc należy do noszeniaków – zwierząt, które przez początkową fazę życia, gdy są jeszcze niezdolne do samodzielnego poruszania się, odżywiania i wypróżniania, są noszone przez dorosłych członków stada."

dr biologii Evelin Kirkilionis

chstonoszenie chstonoszenie chstonoszeniechstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie chstonoszenie

Ciemnia chusta – BB Slen Babylonia

Jasna chusta – Yaro Yolka

Bluza Zosi – F&F

Komin Zosi – RESERVED