Mikołajowa magia

Tradycja związana z prezentami, trzeba przyznać, jest niezwykle miła. W wielu jednak domach mimo wszystko nie praktykowana. Bez względu na to czy są to Mikołajki czy Gwiazdka. Osobiście uważam, że nie trzeba mieć w domu dzieci, żeby sprawić sobie jakiś drobiazg z tych okazji. U nas od zawsze były prezenty zarówno na Mikołaja jak i pod choinką dla tych najmłodszych i tych najstarczych również. Te na Mikołaja były zdecydowanie drobniejsze, symboliczne. Musiały się przecież zmieścić do butów.

Tak, kiedy byłam dzieckiem, 6 grudnia każdy z członków naszej rodziny musiał wymyć parę swoich butów i czyściutkie ustawić pod drzwiami na balkon. Potem wystarczyło tylko wyczekiwać Mikołaja z nosem przy szybie. Do nas zawsze przychodził wieczorem. Pamiętam to napięcie i wypatrywanie go przez okno. W domu oprócz mojej siostry i mnie mieszkali jeszcze nasi rok ode mnie starsi kuzyni. Było więc nas trochę. Wiadowo- w grupie zawsze wszystko przeżywa się trochę bardziej. Jeden nakręca drugiego. I tak też przeżywaliśmy przyjście Mikołaja co roku. Biegaliśmy góra- dół, bo nigdy nie wiadomo było, którędy wejdzie- głównym wejściem czy przez balkon. Tak na prawdę zawsze wchodził przez balkon. Teraz wiem, że zadaniem mojej starszej o 8 lat siostry było zazwyczaj przytrzymanie nas na dole i zachęcanie nas do wypatrywania go w ganku, kiedy nasi rodzice w tym czasie podkładali prezenty- dla mnie i siostry u nas na górze a dla kuzynostwa na dole. Na końcu dzwonili głośno dzwoneczkami i trzaskali drzwiami od balkonu imitując wyjście Mikołaja, które zawsze przegapialiśmy wyczekując go na parterze. Z wielkim podnieceniem, na złamanie karku pędziliśmy do siebie przepychając się po drodze i naszym oczom ukazywały się różne, mniejsze i większe pakuneczki. Oczywiście rownież rózgi! Zawsze obowiązkowe. 

Rodzice bardzo przykładali się do tworzenia tej całej magii. Teraz, wspominam to wszystko ze łzami w oczach. Myślę sobie, że super im to wychodziło. Na balkonie było widać ślady butow, czasem nawet sanek. Nigdy zaś samego Mikołaja. Nigdy nie "zamawiali" nikogo, żeby przyszedł udając świętego wręczyć nam prezenty. Nigdy to nie było takie "na wierzchu", a zawsze magiczne do granic możliwości. Wydaje mi się, że to właśnie przez ta nutkę tajemniczości. Przez te niedopowiedzenia. Przez same te ślady i dźwięk dzwoneczka słyszany z dołu. Bez osoby Mikołaja z kwii i kości. Mogliśmy go sobie zatem ciągle wyobrażać po swojemu, na wielkich saniach z reniferami. To było fajne i tak bardzo dzieciom potrzebne. Jestem niezmiernie wdzięczna moim rodzicom, że tak to wszystko starannie i pomysłowo przygotowywali. Nawet kiedy byłam starsza i domyślałam się, że to nie sam Mikołaj te prezenty podkłada tylko oni maczają w tym palce, nigdy nie przyznali się, że tak właśnie jest. Nie odzierali tego wszystkiego co taką pieczołowitością szykowali co roku z tajemniczości i magii. Powiedzieli mi wtedy, że owszem- to oni czasem podkładają prezenty ale tylko z powodu tego, że Mikołaj zwyczajnie w świecie nie wyrobiłby się ze wszystkimi dziećmi w ciągu jednej nocy, i prosi niektórych rodziców o pomoc. Nigdy nie dowiedziałam się prosto w oczy, że "tak, jesteś już duża i musisz wiedzieć- Mikołaja nie ma". Za to też jestem im wdzięczna. Dzieciom, bez względu na to w jakim są wieku, wcale nie jest potrzebna taka wiedza. Wręcz przeciwnie. Po co im wiedzieć to na sto procent. Niech się domyślają jak chcą. Czy nie lepiej do końca trzymać ich w niepewności, pozwolić im marzyć i ewentualnie samym płynnie przejść z tego świata magii do rzeczywistości wraz z wiekiem? Ja sama do tego doszłam i nikt nie musiał mi tego uświadamiać. Ale bardzo długo wierzyłam w tego Pana w czerwonym stroju. Znacznie dłużej niż moi rowieśnicy i nie uważam, żeby to był jakiś wstyd. Wręcz przeciwnie! Radość z takich prezentów i corocznych listów do Mikołaja, myślę, była większa niż z tych zamawianych słownie u mamy czy taty, bo "przecież wszycy wiedzą, że to oni". Jaka w tym frajda?

Teraz sama jestem mamą i wraz z mężem musimy tworzyć te magiczne wspomnienia naszej córki. Kreujemy jej świat. Jaka to odpowiedzialność jest! Bardzo chciałabym, żeby wspominała ten magiczny czas z równym wzruszeniem co ja i przekazywała tą naszą tradycję dalej, swoim dzieciom. Obiecuję, że stanę na głowie, żeby zorganizować to wszystko tak perfekcyjnie jak organizowali to nasi rodzice. Zrobię wszystko, żeby Zosia, tak jak ja, jak najdłużej czuła ten dreszcyk emocji na myśl o zbliżającym się 6 grudnia. Dopilnuję, żeby czuła podobne podniecenie i konsternację kiedy kolejny rok z rzędu na widok prezentów pod balkonem uświadomi sobie, że znowu przegapiła Jego przyjście. Ale niepochamowana radość przy rozpakowywaniu paczuszek, przysłoni rozczarowanie oraz da nadzieję, że w przyszłym roku na pewno się uda dzięki czemu czekanie kolejnych dwunastu miesięcy nabierze sensu innego jeszcze niż same prezenty. 

mikołajki mikołajki mikołajki mikołajki mikołajki mikołajki mikołajki