Jak ona mnie denerwuje!

Jestem wykończona. Nie mam ochoty na nic. Dre mordę, wybucham w sekundę, awanturuję się, nie mam siły robić nic dla siebie. Przyjemność ostatnio sprawia mi jedynie siedzenie i patrzenie w ścianę. Padam na pysk. Jestem zołzą i źle mi z tym. A to wszystko przez tego małego przygrubawego bąka, którego kocham nad życie. 

Zośka ma ostatnio ciężki okres. Ostatnio… od 4 tygodni. Nie tłumacze już tego niczym. Ani zębami, ani skokiem rozwojowym. Przyjęłam, że taka nasza dola i modlę się co dzień, żeby kiedyś się to skończyło. Myśląc "kiedyś" ciągle mam nadzieję, że nastąpi to zanim ta skończy 16 lat, lub, co gorsza, zanim ja kogoś zabiję (w sformułowaniu "kogoś" zawiera się zarówno ona jak i ja). 

Problem z nią mamy. Z uśpieniem jej i ze zrobieniem CZEGOKOLWIEK w ciągu dnia. Jeszcze jak jesteśmy we dwoje to jakoś idzie to ogarnąć. Ale jak zostaję z nią sama, to nie jestem w stanie dresów na dupe naciągnąć bez podkładu muzycznego w postaci jej wrzasku. I to nie stękanie czy kwęczenie- chociaż to też jest, z tym, że na okrągło. To histeria jest! Lamęt! Płacz przeogromny, powdujący bezdech i sinienie tylko dlatego, że mama odłożyła dziecko na łóżko na sekund 5. Na rękach musi być i koniec. Spać? Owszem, może, ale odłożyć się nie da. A żeby się dała trzeba się nagimanstykować i napocić niemiłosiernie. W nocy budzi się co chwilę i nic nie pomaga. Otulacz nie, bez otulacza też nie. Przytulona nie, nie przytulona też nie. U siebie źle u nas jeszcze gorzej. Śpiewać nie, nie śpiewać źle. Pielucha zła, bez pieluchy nie zaśnie. Smoczek fajnie żeby był ale jednocześnie go nie było. Nawet pierś nie jest w stanie czasem jej uspokoić. Nic jej nie pasuje. Stęka, wierci się, wybudza co minute. Marudzi. Na okrągło wydziwianie. Kiedyś po drzemce czy rano budziła się z uśmiechem, teraz cały czas z płaczem. Jestem wykończona. Nie mam pomysłu ani siły na wymyślanie nowych sposobów czy próbowanie czegokolwiek. Jeżeli to jest skok rozwojowy to mam nadzieję, że tym razem będzie od razy umiała czytać, pisać i dzielić przez liczby ujemne. Gorzej jak to wychodzi jej charakter. Gorzej dla nas. Bo możemy nie dotrwać do jej 2 urodzin. Przetyra nas to dziecię nasze, oj przetyra. Z moimi nerwami to nie takie proste być wytrzymałym i wyrozumiałym. Ale staram się jak mogę. Wbrew pozorom na prawdę się staram.

Czasem już nie daję rady.Czasem mam ochotę wydrzeć sobie włosy z głowy. Albo jej co gorsza. Ona ma niewiele wiec za bardzo by mi nie ulżyło dlatego się powstrzymuję. Mam ochotę wyjść z domu i iść przed siebie. Sama! Bez tych jęków i stęków. Niech ktoś inny ją usypia, zabawia, nosi, kołysze, uspokaja.

I jak sobie tak myślę, kipiąc w głowie z nerwów ona nagle zanosi się tym swoim nosowym zdławionym śmiechem i zaraża mnie nim. Ładuje mi baterie szczerząc te swoje bezzębne dziąsła i wykrzywiając rumiane policzki w uśmiechu. Najpiekniejszym uśmiechu pod słońcem. Jak to cudownie natura obmyśliła, chroniąc dzieci przed wyprowadzką matki. Macierzyństwo zadziwia mnie każdego dnia.  I już nic wiecej mi nie trzeba. Nie chce już nigdzie iść. Dalej mogę usypiać, zabawiać, nosić, kołysać i uspokajać. Bylebym tylko mogła być obok niej, słyszeć ten cudowny śmiech i widzieć radość na jej buzi. Dalej mam siłę na wszystko. 

Do następnego wybuchu. Do następnej chęci trzaśnięcia drzwiami i biegnięcia przed siebie. 

niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie niemowlęce stopy niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie niemowlę w kombinezonie