Czego nauczyło mnie moje dziecko

Ostatnio rozmyślam nad zagadnieniem rzuconym przez Mutrynki– "Czego nauczyło mnie moje dziecko". Mogłabym się tu rozpisywać o iście wewnętrznych sprawach, takich głębokich i poruszających serca. Ale doszłam do wniosku, że pomijając te wszystkie uczuciowe ochy i achy Zosia nauczyła mnie przede wszystkim wiele totalnie oczywistych ale niezmiernie pożytecznych i jednakowoż kiedyś zupełnie niewyobrażalnych rzeczy. Dzięki niej jestem prawdziwym nindża i supermanem w jednym. Robię rzeczy, które kiedyś uznałabym za niewykonalne.

W nocy wstaję do niej kilka razy, karmię ją a potem po powrocie do łóżka natychmiast znowu zasypiam. Kiedyś, przed nią, idąc do toalety nawet z zamkniętymi oczami, nie świecąc światła potrafiłam rozbudzić się do tego stopnia, że przez 3 godziny nie mogłam zasnąć. Unikałam takich wycieczek jak ognia! Nie cierpie wiercić się w nocy z boku na bok i nie móc spać. Teraz ten problem zniknął właściwie zupełnie.  Jak już jesteśmy przy spaniu, kilka lat- włączając w to okres ciąży, do snu potrzebowałam stoperów w uszach. Jak nie miałam zatkanych uszu nie było mowy, żebym mogła spać. Budził mnie nawet mój własny zbyt głośny, jak mi się wtedy wydawało, oddech. Nie mogłam zasnąć, zupełnie odpłynąć słysząc choćby najmniejszy szmer. Jak tylko urodziła się Zosia, od pierwszej nocy rzecz jasna, stopery poszły w odstawkę. I co? I wcale nie musiałam się jakoś przestawiać. Po prostu. Od pierwszej nocy zasypiałam w sekundę i spałam jak kamień do pierwszej zosinej nocnej pobudki. Do teraz nic poza nią nie jest mnie w stanie wybić ze snu.
Nauczyła mnie, że robienie obiadu jedną ręką nie jest jakimś wielkim wyzwaniem i niezmiernym wyczynem. Obecnie jest to raczej norma. Właściwie wszystko da się zrobić jedną ręką. Zdarzyło mi się nawet ziemniaki z nią obierać. Siku z dzieckiem pod pachą? Żaden problem! Nawet jeśli w grę wchodzi rozpięcie i zapięcie paska od spodni. Makijaż z niemowlakiem próbującym wyrwać mi wszystko co wezmę do ręki; schodzenie z drugiego piętra trzymając jednocześnie wózek, torbę dla dziecka, swoją torebkę, kluczyki do samochodu, kocyk, smoczek, worek ze śmieciami i Zośkę pod pachą zamykając wcześniej drzwi do mieszkania na klucz (i potem wracanie z całym tym ekwipunkiem w identycznej scenerii) nic trudnego. Potrafię wyjść z domu w około 10 minut przebierając siebie i ją z dresów w wyjściowe ciuchy, zabierając ze sobą cały ten mandżur, nie zapominając przy tym o niczym.

Obcinanie maciupeńkich paznokci podczas gdy jej rączka wiecznie w ruchu i-nie mam pojęcia jakim cudem- bez skaleczenia jej. Uśmiechanie się na widok tej śmiejącej się michy choćby nie wiem jak bardzo wyprowadziła mnie wcześniej z równowagi, co przy moim cholerycznym usposobieniu wcześniej było raczej niewykonalne mimo usilnych starań winowajcy. Jak byłam wkurzona to bez kija nie podchodź.
Nauczyła mnie zaginać czasoprzestrzeń. Podczas jej półgodzinnej drzemki potrafię ogarnąć siebie, obiad, mieszkanie i fejsa. Nauczyła mnie, że spanie wcale nie jest najważniejsze i, co lepsze, da się dość sprawnie funkcjonować i bez niego. Pozbawiła mnie totalnie uczucia nudy na którą tak bardzo cierpiałam chociażby w ciąży. Nuda…co to w ogóle za przywilej jest?!
A zakupy? Ja- absolutna zakupoholiczka ciuchowa! Cała szafa ubrań, ciągle coś nowego, totalne uzależnienie. Teraz? Nie pamiętam kiedy kupiłam sobie coś do ubrania. A nie! Przepraszam! Pamiętam- komplet zupełnie nowych bawełnianych majtek, zaraz po porodzie i "wyjściową" bluzkę na tyle szeroką, żeby łatwo było mi karmić na mieście. Za to Zosia co chwilę jakaś nowa perełka. Spodni całe pudło. Bluz, spódniczek, ciągle nowych sukienek nie do zliczenia. Mimo, że zakłada każdą z tych rzeczy raptem kilka razy zanim z nich wyrasta. I nawet próbuję czasem wybrać się po coś dla siebie. Cokolwiek- szalik jakiś przynajmniej. Nie udaje się. Zawsze wracam z czymś dla niej. Jakoś już szkoda mi pieniędzy na siebie. Dziwne, nie?

Robienie głupich min do wózka tylko po to, żeby ją rozśmieszyć nie zwracając uwagi na to jak komicznie muszę wyglądać i co pomyślą o mnie inni. Wracanie ze spaceru niosąc ją na rękach mimo potwornego bólu pleców i rąk targając przy tym jeszcze wózek, kiedy głupie miny okazały się nie wystarczająco ciekawe i Zosia postanowiła nie wysiedzieć w wózku do końca spaceru- norma. Już nawet nie skarżę się na ten ból towarzyszący mi przecież codziennie, mimo, że wcześniej lubiłam się czasem nad sobą poużalać. Teraz już tego nie robię bo musiałabym na okrągło.

Nie wiem jak dzieci to robią, że wyzwalają w nas- matkach- jakieś nadludzkie siły, o których istnieniu wcześniej nie miałyśmy nawet pojęcia. Zupełnie nie podejrzewałam siebie o umiejętność ogarnięcia tego wszystkiego i czerpania jeszcze z tego radości. Na prawdę muszę się nie raz nagimnastykować jak rosyjska gimnastyczka cyrkowa ale potrafię się z tego cieszyć. Nawet jak w danej chwili klnę siarczyście pod nosem, co bardzo często się zdarza, np. tarabaniąc się z tego drugiego piętra z prawie całym naszym dobytkiem- jak mogliby pomyśleć sąsiedzi patrząc na nas- to potem czuje satysfakcję. Kurde! Dobra jestem! Wszystko się da! Dla matki nie ma rzeczy niemożliwych! A wszystkie nerwy, zmęczenie i trudności wynagradza ten jeden tylko uśmiech na jej malutkiej twarzyczce.

niemowlę niemowlę niemowlę niemowlę niemowlę niemowlę

 

A Ciebie czego nauczyło Twoje dziecko? Podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu lub w prywatnej wiadomości. A jeśli prowadzisz bloga przyłącz się do akcji!

  • Pingback: Czego nauczyło mnie moje dziecko- podsumowanie - Mutrynki.pl()

  • Dzięki Ania! Fajny punkt widzenia, taki życiowy, bez wchodzenia w duchowe strefy, choć wiem, że takie też w Tobie drzemią jak w każdej z Nas :)

    PS. Wiesz, że nigdy nie obierałam ziemniaków jedną ręką, ani nigdy nie chodziłam z maluchem na ręku do toalety ;), za to w mojej kosmetyczce nie ma ani jednego całego cienia do powiek :P,