Co to był za rok- czyli podsumowań czas

Kiedy rok temu witałam Nowy Rok, wiedziałam, że będzie to na prawdę nowy rok. 2015 podarował mi mnóstwo. Wepchnął w zupełnie nowe życie. Był zdecydowanie przełomowy. Zapamiętany na zawsze. 2015 dał mi to, o czy marzyłam tak długo. Ale był dla mnie równie łaskawy i cudowny co drastyczny i ściągający na ziemię. Spełnił moje marzenia, równocześnie odzierając je lekko z różowego puchu. Rozanielił i zmęczył. Zweryfikował. I wiele nauczył. 

Pierwsza połowa roku upłynęła pod hasłem "OCZEKIWANIE". Dłużyła się niemiłosiernie. Zwłaszcza luty, kiedy pogoda była z dupy. Miałam wrażenie, że nigdy się nie skończy. No i maj- dziewiąty miesiąc ciąży. A potem to wszystko jakby jeden tydzień. Na początku czerwca zostałam mamą. A miesiąc później dostaliśmy klucze do własnego mieszkania. W rolę matki weszłam, jak się okazało, zupełnie nieprzygotowana. Co to bowiem są teorie wyuczone na szkole rodzenia. W internetach nie przeczytasz instrukcji "Jak być mamą". Wydawało mi się, że wiem dużo. Bo wiedziałam. Ale to wszystko tylko teorie. Moje plany i ambicje związane z wychowywaniem niemowlęcia zweryfikowało życie. Moje wymądrzanie się i wygłaszane hasła pt. "ja to bym nigdy…", zanim jeszcze zostałam mamą, zrobiły ze mnie hipokrytkę. Macierzyństwo to nie tylko radości i wzruszenia, jak myślałam, ale też mnóstwo nerwów. Tych nerwów niestety na początku jest najwięcej. Gdybym mogła cofnąć czas i sama sobie coś wtedy doradzić, powiedziałabym "Nie zamartwiaj się tak. To wszystko minie". Pory drzemek, sposób usypiania, to co Zosia lubiła a co nie…to wszystko tak szybko się zmieniało. Na szczęście problemy również szybko szły w zapomnienie. Teraz wiem, że zdecydowanie za dużo było nerwów. Zdecydowanie za bardzo wszystko przeżywałam i za dużo się martwiłam. Strasznie szarpałam sie ze wszystkim. Zmęczyłam się. Na prawdę.  

Wpadłam trochę w ten wir macierzyństwa zupełnie bez ostrzeżenia. Nie sądziłam bowiem, że to takie poświęcenie jest. Musiałam nauczyć się życia od nowa. Zrezygnować z siebie. Ja- hedonistka. Przewartościować wszystko. Przyszło to trochę naturalnie, rzecz jasna. Ale nie bez uszczerbku na psychice. Nie bez użalanie się, że nie ma już mnie, że nigdy już nie będzie. Że teraz to jest moje życie, i że już zawsze tak na wariata, w biegu, często bez makijażu, w akompaniamencie dziecięcego płaczu. Że już nigdy nie wyjdę z domu. Że koniec imprez, znajomych, wyjść w ogóle. Że już nigdy w życiu nudy- takiej zdrowej co to odpocząć i dychnąć trochę pozwoli. Że kawy ciepłej nie i TV też już nigdy. Nie obyło się bez lamentów w głowie jak to fajnie jest móc ubrać się porządnie, przemyślanie, nie koniecznie znowu we wczorajsze dżinsy i pierwszą z brzegu bluzkę. Jak to dobrze móc makijaż zrobić dokładnie i powoli inny niż tylko rzęsy tuszem, pobawić się cieniami. Jak to miło jest wymyślić wyszukany obiad i ugotować go potem. I czerpać przyjemność z tego gotowania na spokojnie. Przeświadczenie miałam w głowie, że już nigdy nie będzie wolniej, luźniej, po mojemu. I wyć mi się chciało niejednokrotnie. I płakałam. Owszem. Morze łez wylałam żegnając to moje wcześniejsze życie.  

No i jak już wylałam co miałam wylać i polamentowałam sobie, zrozumiałam, że to jest prawdziwe życie. Że na tym to polega i że tamta reszta w końcu po części wróci. Ale o to w tym wszystkim co zwane życiem chodzi. O to trzeba walczyć i do tego dążyć. Bo macierzyństwo to spełnienie jest mimo wszystko. Spełnienie przez totalną rezygnację. Tego nie wiedziałam, stąd te lamenty i płacze. Własne przyjemności kiedyś wrócą, przynajmniej w jakimś stopniu. Na razie trzeba się cieszyć, że czasem uda się kąpiel spokojną wziąć. Takie zwykłe, codzienne sprawy docenia się dużo bardziej.   

W każdym razie teraz jest już spokojniej. Poukładałam sobie to wszystko w głowie. To był intensywny rok. Bardzo nerwowy, dużo nowości, zmian, ale był to dobry rok. Przełomowy. Zaczęliśmy SWOJE życie. Jako prawdziwa rodzina i wreszcie na swoim. Wchodzimy w Nowy Rok z prawie zupełnie skończonym już mieszkaniem, z zupełnie rozumnym już niemowlakiem. Jestem mamą. Teraz już zupełnie tego świadomą. A plany na nowy rok? Uporządkować jeszcze ten chaos dookoła. Pozbierać to co porozrzucane, czekające na pozbieranie. Ogarnąć to co przez Zosie ciągle odkłada się na później. Powoli wrócić do skupiania się odrobinę na sobie. Chcę być szczęśliwą, spełnioną mamą. A taką będę jak czasem zrobię coś tylko dla siebie. Żeby być dobrą mamą trzeba czasem na chwilę przestać być mamą w ogóle. Żeby głowę ogarnąć, żeby nie zwariować i nie zasiąść w domowych pieleszach na dobre. I taki mam plan na ten 2016 rok.  

niemowlę niemowlę niemowlę niemowlę niemowlę

Zosia pierwszy raz była na Jaworzynie Krynickiej i pierwszy raz miała taki kontakt ze śniegiem! Mróz był ale słonko grzało. Było super!