Koszmar gęstych włosów

Piękna cera, mocne paznokcie, gęste włosy- to oznaki zdrowia i marzenie wielu kobiet. O ile piękną cerę i mocne paznokcie rozumiem w 100%, o tyle tego całego krzyku o gęste włosy nie do końca. Jestem "szczęśliwą" posiadaczką takowych. Dlaczego "szczęśliwą" a nie SZCZĘŚLIWĄ? Bo moje gęste włosy odkąd pamiętam były utrapieniem. W dzieciństwie nawet nie wyłącznie moim własnym ale połowy rodziny… No może z połową przesadziłam, ale z pewnością każdego kto miał z nimi do czynienia.
Brzmi to tak jakby moje włosy żyły własnym życiem. Bo po części tak to trochę wygląda. Milion razy słyszałam jakie to są "piękne, takie gęste, grube, a jaki warkocz", "z takimi włosami to można wszystko!". Ta… można. Zachwycać się nawet można. Pod warunkiem, że się ich nie posiada.
Jak byłam mała, jak większość małych dziewczynek miałam długie włosy. Do tej pory nie mam pojęcia po co moja mama je "trzymała". Doskonale pamiętam jak szykując mnie do przedszkola codziennie rano obie płakałyśmy przed lustrem. Mama z nerwów, bo nie dało się ich uczesać, a ja z bólu jak bolało mnie ciągnięcie. Czasem pałeczkę czesania przejmowała moja siostra. Ona miała trochę więcej cierpliwości- nie biła mnie szczotką po głowie- ale ciągnęła podobnie. Jak wyjeżdżałam gdzieś lub zostawałam pod opieką jakiejś cioci to już w ogóle. Pamiętam jak będąc z ciocią na wczasach w Krynicy- ta nie mogąc poradzić sobie z moimi włosami kupowała przeróżne cud odżywki rzekomo mające pomóc rozczesać włosy. Jedyne w czym szybko pomagały to w opróżnianiu portfela. W konsekwencji, jak nie uczesała mnie siostra, to chodziłam wiecznie rozczochrana. Na większości zdjęciach mam rozpuszczone poczochrane włosy i wiecznie spadającą opaskę jakakolwiek by ona nie była- materiałowa, z ząbkami czy bez.
"Trzymałyśmy" z mamą te moje włosy do komunii. Przecież do komunii trzeba było mieć wyczesany fryz. Więc wytrzymałam pod warunkiem wizyty u fryzjera zaraz w poniedziałek rano, od którego wyszłam z wygoloną maszynką głową. Na jedną długość. 8 letnia dziewczynka. Na własne życzenie! A ze mną dyskusji nie było, wierzcie mi, jak już się na coś uparłam. I nie żałowałam ani sekundy tak bardzo nie lubiłam swoich włosów.
Właściwie zdecydowałam się zapuścić je jakoś będąc już w liceum. I udało mi się, ale wcale nie było lżej. Tyle tylko, że tym razem użerałam się z nimi sama. Ani tego spiąć, ani rozpuścić- wszystko leci na twarz, a tego nienawidzę. O rozczesaniu nie wspomnę.  O opasce nie ma mowy bo jak już pisałam żadna nie trzyma tego mojego włosia. W lecie gorąco jak w kocu na głowie. Wysuszyć toto zajmowało tyle czasu, że nawet w zimie zdążyłam się solidnie spocić pod suszarką. Zostawiając do wyschnięcia musiałabym chyba nie wychodzić z domu cały dzień.
Co ja nie miałam już na tej swojej głowie. Chyba wszystkie fryzury świata! Krótkie, długie, boby, kręcone i proste, dredy, warkoczyki, wygolone boki, wygolony spód… A wszystko w desperackich próbach ułatwienia sobie chociaż minimalnie życia z tymi moimi włosami.  Ile było nerwów, płaczu w domowym zaciszu za każdym razem kiedy chciałam coś z nimi zrobić, ile razy rzucałam szczotką o podłogę wypowiadając pod nosem podobne słowa jak kiedyś moja mama czesząc mnie co rano.
W końcu dorosłam i przestałam patrzeć na walory estetyczne długich włosów. Znowu ścięłam je na krótko. I powiem Wam, że teraz, przy takiej fryzurze w końcu cieszę się z tej mojej gęstwiny, bo bądź co bądź ale do krótkich fajnie mieć trochę więcej niż cztery włosy w siedmiu rzędach. No i ułożenie ich zajmuje mi około 2,5 minuty z czego 1,5 to samo suszenie.
Gęste, długie włosy mogę sobie pooglądać na kimś szepcząc do siebie "jak one to robią, do cholery, że w nimi wytrzymują?!", pamiętając jednocześnie, że to nie dla mnie i niestety mając świadomość, że przy mojej zmienności zapewne jeszcze nie raz w życiu będę się męczyć. Zupełnie na własne życzenie.

1 2 3 4 5 6

Zdjęcia: źródło Pinterest